O nas
Główna
Planujemy
Galeria
Księga gości
Stowarzyszenie
Linki
Kontakt




Berlin
2010.09.09 16:16

Nie odwołaliśmy wycieczki rowerowej w okolicach Berlina.  przeczytaj więcej o tej wycieczce.
Czapla w Radio Gdańsk 28.08.2010
2010.09.01 07:31

Logo Radio GdańskWiele wody upłynęło w Nilu i Limpopo od powrotu członków wyprawy afrykańskiej, ale zapraszamy do wysłuchania Czapli w Radio Gdańsk, gdzie brylował 28.08.2010.

Poszukiwane grile
2010.08.25 10:47

Poszukiwane są dwa grille składane, które "zaginęłY" po majówce. Ktokolwiek ma informacje o aktualnym miejscu pobytu proszony jest o kontakt  cecha charakterystyczna - zapakowany w zieloną, papierową teczkę.
Więcej informacji...








  


 • Rajd Nocny (pieszy)

 • Szlak turystyczny Muru Berlińskiego

 • Liw - podsumowanie

 • Liw - turniej rycerski

 • Maraton pieszy 2010

  

09.09.2010 18:24
Szlak turystyczn...

Ja też zgłaszam chęć wyjazdu. ...
krzysiek

06.09.2010 21:42
Maraton pieszy 2...

Jak wam idzie zapisywanie się na maraton? bo na liście zarejestrowan...
aron

01.09.2010 13:15
Powrót do domu...

Wody w Nilu, Limpopo i Wiśle płyną, a blog Czapli uciął się, jakoś tak be...
Czytelnicz-ka

Zapraszamy do galerii




Aby być na bieżąco,
podaj swój
adres e-mail.
czytaj więcej...
 
Dodaj e-mail
Usuń e-mail

 




Nasz sponsor

TSklep rowerowy TRYBIK

Crosso

Signal Iduna



Nasi patroni

Rower, turystyka, maratony, sprzęt

Turystyka rowerowa, magazyn ludzi aktywnych - Rowertour

e-Globtroter.pl

Twój portal o Afryce









Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.
Klikając w obrazek poniżej.
TopLista - Wyprawy Rowerowe
rowery top lista






kolarstwo



Kenia - dzień po dniu
  2010.03.20 20:45


 

25 lutego, czwartek
119 dzień wyprawy

Wymiana pieniędzy, zakupy na drogę i ruszamy. Upal, droga faktycznie fatalna, ale da się jechać. Pierwsze kilometry z górki, ale podłoże jest tak kamieniste, że prędkość oscyluje w granicach 10km/h. Po kilku kilometrach docieramy do pierwszej małej osady, to tylko kilka glinianych chałup, ale zatrzymujemy się na krótki postój. Pijemy ciepłą colę (szczęście że w ogóle jest), bierzemy zapas wody do butelek i jemy obiad przyrządzony dla nas przez jedną z kobiet. Smaczne spaghetti wystarczająco wzmacnia nas przed kolejnymi kilometrami, przy okazji przeczekujemy w cieniu porę największego upału. Droga coraz bardziej daje nam się we znaki, zaczynamy ja przeklinać, rowery tracą przyczepność na kamieniach, o wywrotkę nietrudno, do tego butelki z wodą, przymocowane z tyłu wypadają, wytrącając nas z równomiernego tempa. Ok. godziny 18.00 rozbijamy wreszcie obóz w środku sawanny i po szybkiej kolacji z ulga udajemy się na spoczynek.
48km

26 lutego, środa
120 dzień wyprawy

Od kilku dni nie mamy zasięgu telefonii komórkowej, urwał się więc kontakt z Polską. Za to mamy szczęście do dobrej pogody. Jest ciepło, ale nie upalnie, czasem zza chmur wyjdzie słońce. Ruszamy o 7.50. Po pięciu godzinach jazdy po niewyobrażalnych wertepach docieramy do osady Sololo. Tu robimy dłuższą przerwę na odpoczynek i posiłek. O 13-tej  do baru dociera czterech białasów, którzy jada stopem do RPA na mistrzostwa. Szybko jedzą posiłek i dalej w drogę, bo samochód już daje sygnał do odjazdu. Umawiamy się z nimi w RPA, ale pewnie spotkamy ich wcześniej. Po trzech godzinach przerwy ruszamy dalej. Po drodze spotykamy dużą małpią rodzinę bawiącą się wśród drzew. W ujęciu wodnym zbudowanym przez Unię Europejską uzupełniamy świeży zapas wody do gotowania i mycia i po kilkuset metrach zjeżdżamy z drogi na pobocze, gdzie rozbijamy namioty. Pyszna grochówka na ognisku i równie wyśmienita herbata kończą ten wyczerpujący dzień.
65 km

27 lutego, czwartek
121 dzień wyprawy

Ruszamy o ósmej. Droga w dalszym ciągu fatalna, kamienista tarka. Ruch niewielki. Od czasu do czasu mijamy stado krów lub kóz. Niektóre odcinki drogi pokryte błotem, po wczorajszych opadach deszczu. Przed południem docieramy do osady Turbi. Fasola z kapusta i kukurydza stanowi posiłek obiadowy. Od miasta Marsabit dzieli nas odległość 130 km. To trzy dni jazdy po fatalnej drodze. Rysiek postanawia oszczędzić zdrowie i rower. Zostaje w osadzie Turbi, gdzie czeka na okazje. Czapla z Mariuszem ruszają w drogę, ale po 3 godzinach jazdy po fatalnej drodze dają za wygraną. Zatrzymują przejeżdżający samochód terenowy i lądują w Marsabit po 2 godzinach szaleńczej jazdy, przed godz. 21. Noc spędzają w hotelu Jey Jey Centre. Tymczasem Rysiek ledwo żywy dociera  do miasta przed północą, po pięciu godzinach jazdy na dachu samochodu ciężarowego przewożącego 14 koni. Trudno w kilku słowach opisać gehennę, jaką przeżył podczas jazdy ciężarówki po wertepach. Na noc zatrzymuje się w hotelu Tullus.
20 km

28 lutego, piątek
122 dzień wyprawy

Ostatni dzień lutego. Dziś mija równo 4 miesiące od naszego wyjazdu z Polski. Jak ten czas leci! Tymczasem w Marsabit od rana leje jak z cebra. Noc przespaliśmy blisko siebie, nie wiedząc nic o tym. Jak się okazuje obydwa hotele dzieli niewiele ponad 100 m. Korzystając z wolnego czasu i deszczowej pogody Rysiek od rana klei dętki. Sms Czapli – jesteśmy w mieście, w hotelu Jey Jey Centre - przyjmuje z niedowierzaniem. Wszak Czapla z Mariuszem maja być w Marsabit dopiero za 3 dni. Cały dzień pada. Nie ma mowy o dalszej jeździe. Po południu główną ulica przeszedł rozśpiewany i roztańczony pochód kolorowo ubranych kobiet. Ponoć to z okazji rocznicy urodzin Mahometa. Łazimy po miasteczku. Internet, zakupy oraz wizyty w kilku barach zajmują nam czas do wieczora.

1 marca, sobota
123 dzień wyprawy

Pogoda poprawia się. Już nie pada, choć w dalszym ciągu chmury deszczowe kłębią się na niebie. Mariusz z Ryśkiem szukają gazu do naszej opróżnionej butli oraz dokonują wymiany dolarów na szylingi w banku oraz korzystają z bankomatu. Jak się okazuje gazu nigdzie nie ma i dopiero w Nairobi być może pojawi się szansa jego zakupu. W tym czasie Czapla ciężko pracuje w kawiarni internetowej. Internet jest wolny, więc kolejne informacje o naszej wyprawie do Polski płyną powoli. Po trzech godzinach kolejny raport z trasy zostaje wysłany. Wyjątkowo późno, bo o 16 ruszamy w dalszą drogę. Wizyta na stacji benzynowej, aby dopompować kola na kompresorze nie była udana. Slaby kompresor, zamiast dopompować powietrze w kolach Ryska, tylko je upuścił. Musiał uzupełnić ciśnienie w sposób tradycyjny. Wieczorem Czapla na zalesionym zboczu zauważył stadko 5-6 słoni. Odległość była spora, ale widać je było dość dobrze. Sesja zdjęciowa  udana, ale czas płynie – rozbijamy obóz zaraz potem.
17 km

2 marca
124 dzień wyprawy

Wstajemy przed świtem i sprawnie się zwijamy. Dziś przez cały dzień droga w dół. Krajobrazy piękne, zaczynamy spotykać Samburu – są niesamowici ze swoimi ozdobami na szyi, kolczykami w uszach i włóczniami. Udaje nam się zrobić parę zdjęć bez płacenia, choć zwykle się na to nie zgadzają, a my nie mamy w zwyczaju płacić za zdjęcia. Mamy kilka usterek: Ryśkowi odpadł hak od sakwy, a Czapli psuje się przednia piasta i szwankuje licznik. W miasteczku Loglogo siesta i obiad. Po południu jedziemy w deszczu – przynajmniej nie jest gorąco. Tyle że droga staje się błotnista i trzeba omijać kałuże. Zauważyliśmy stadko strusi, niestety uciekły na nasz widok. Kawałek dalej rozbijamy obóz nad rzeką. Później mówią nam, że to tu zwykle obozowali bandyci, z których jeszcze nie tak dawno słynęła ta droga.
48 km.

3 marca
125 dzień wyprawy

Przez całe przedpołudnie z niewielkimi tylko przerwami padał deszcz. Miejscowi twierdzą, że to jeszcze nie jest początek pory deszczowej, ale wcale nie jesteśmy tego tacy pewni. Ale przynajmniej nie jest gorąco, dopiero gdy w południe przejaśniło się, a słońce stanęło niemal w zenicie, zrobił się piekielny żar. Droga fatalna – tarka na całej szerokości, jedziemy średnio 7 km/h. Przyjemny odpoczynek w Laisamis. Jedzenie, zakupy, nawet zasięg telefonu jest. Kupujemy dużo ładnych ozdób. Ponoć dalej ma być lepsza droga – niestety ta informacja się nie potwierdza. Jest tak samo źle, jak było.
47 km.

4 marca
126 dzień wyprawy

Do wsi Merille mamy tylko 5 km. Rysiek i Mariusz napychają brzuchy, Czapli ryż z warzywami o tej porze przez gardło nie przejdzie, więc bierze na wynos. Jedziemy do 12.30 po tej samej koszmarnej tarce, aż dojeżdżamy do nowej drogi – jeszcze nie asfaltu – to droga zastępcza na czas budowy asfaltowej, ale znacznie lepiej ubita nawierzchnia. Robimy dwugodzinną przerwę, a potem nową drogą śmigamy 20 km do miasteczka Sereolipi. Puste żołądki domagają się kolacji, niestety, w restauracji nie ma już nic do jedzenia, a zaopatrzenie w sklepach wyjątkowo słabe. Kupujemy więc tylko trochę ziemniaków i wieczorem pieczemy je w ognisku. Wieczorem ulewa, na szczęście namioty wytrzymują.
55 km

5 marca
127 dzień wyprawy

Czekamy, aż namioty wyschną, więc wyjeżdżamy późno. Ale nic to – wszak dziś dojedziemy wreszcie do asfaltu! Ostatnie kilometry jedziemy już po ubitej nawierzchni nowej drogi. Wreszcie – jest! Po ponad 450 km znów stajemy na asfaltowej nawierzchni. Licznik znów pokazuje 20, 30, 40 km/h. Droga leci w dół. Choć południe już dawno minęło, jedziemy do Archer's Post. Cóż za różnica! Nawet normalne znaki drogowe i drogowskazy się pojawiły. Wspaniała jazda. W Archer's Post jemy i szopingujemy. Pieniądze schodzą w tempie zatrważającym. Już pod wieczór wyjeżdżamy za miasto i przejeżdżamy rzekę Ewaso Ngiro, jedną z największych w tej części Afryki. Podobno wczoraj była tu porządna powódź. Nocleg parę kilometrów za miastem.
68 km

Po przejechaniu 500 km po bezdrożach północnej Kenii dotarliśmy do cywilizacji. Uzupełniliśmy relację dzień po dniu z Etiopii i Kenii. A ponieważ problemy z zasięgiem się już chyba skończyły, będziemy starali się przesyłać relację z kolejnych dni na bieżąco. Zaglądajcie więc na stronę codziennie! Można też do nas dzwonić na kenijski numer: +254 731 933 011. Różnica czasu to 2h.

6 marca
128 dzień wyprawy

Brakujące 30 km do Isiolo przejechaliśmy w ponad 2 godz., bo jechaliśmy pod górę i pod wiatr. Wysiłek rekompensował piękny widok na Mt. Kenya. Isiolo to pierwsze spore miasto, więc korzystamy z jego uroków - zakupy, internet. Gdy już mieliśmy wyjeżdżać, zaczął padać deszcz i padał tak aż do wieczora. O jeździe nie było mowy, wprosiliśmy się wiec na nocleg przy katedrze katolickiej. Wieczór spędziliśmy halsując od jednej taniej knajpy do drugiej. Mecz w barze w towarzystwie kibiców Manchester United - zo za przeżycie, co za atmosfera!
32 km

7 marca
129 dzień wyprawy

Po śniadaniu na plebanii, mszy św. i baaardzo długim zbieraniu się oraz załataniu dwóch kolejnych dętek Ryśka wyjechaliśmy spod katedry św. Euzebiusza w samo południe. W sam raz pora na obiad, a potem na siestę w cieniu akacji. Dopiero po 2 zaczęliśmy wspinaczkę na wyżynę u stóp Mt.Kenya. Po kilku godzinach takiej wspinaczki mieliśmy już dość, zwłaszcza że miejscami nie było asfaltu. Nocujemy więc za niewielkim protestanckim kościółkiem. Warunki komfortowe, ognisko pod wiatą, drewno dostaliśmy już narąbane. Tyle że deszcz zaczął padać wieczorem i padał przez pół nocy.
24 km.

8 marca 
130 dzień wyprawy

Padalo przez caly ranek, ruszylismy spod naszej suchej, choc wcale nie cieplej wiaty dopiero okolo 11. I zaczela sie ciezka wspinaczka na wyzyne Laikipia. 17 km powolnej jazdy pod gore we mgle, mzawce, a czasem po prostu w deszczu. Ale potem cudownie sie wypogodzilo. Nawet Mt Kenya pokazala na pare minut osniezone wierzcholki. Sloneczko przegnalo chmury, a droga sie wyplaszczyla, ba! byl nawet dlugi zjazd. Dojechalismy do miasta Nanyuki polozonego tuz przy rowniku, ale jeszcze po Waszej stronie. Wprosilismy sie na nocleg do kosciola - tu tereny sa gesto zamieszkale i jest to najprostsza i najlepsza mozliwosc noclegu. A potem szalenstwo - wizyta w prawdziwym supermarkecie, gdzie mozna pochodzic miedzy polkami i nyama choma w jednej z restauracji.
69  km
 

9 marca
131 dzień wyprawy

Tuż po 8:00 opuszczamy kwitnące ogrody kościoła w Nanyuki i udajemy się na pobliski cmentarz żołnierski brytyjskiego Commonwealth'u z okresy II Wojny Światowej. Zaskakuje nas poziom dbałości o to miejsce - zatrudniony ogrodnik regularnie strzyże i zrasza trawę. Służy nam też obszernymi informacjami.
Tuż po południu wyjeżdżamy z miasta i tuż za rogatkami, o godz 12.25 naszego czasu (GMT+3) przekraczamy równik. Droga daje nam w kość - zaliczamy typowo "etiopski" odcinek - non stop zjazdy i podjazdy. Przed wieczorem docieramy do Nyeri gdzie znajdujemy nocleg przy katolickiej szkole dla dziewcząt. Bardzo przyjemne miejsce :-)
72 km.

10 marca
132 dzień wyprawy

Poranek spędzamy korzystając z szybkiego Internetu w jednej z kafejek w Nyeri, jednak dobre humory szybko ustępują gdy okazuje się, że z rowerów Mariusza i Czapli zniknęły liczniki :-( Wkurzamy się, ale w końcu sami sobie jesteśmy winni. Odwiedzamy następnie grób i muzeum twórcy skautingu Roberta Baden Powella i po 14:00 opuszczamy Nyeri, i po 60 km znajdujemy nocleg na położonej pośród pól ryżu i kukurydzy posesji należącej do Uniwersytetu. Wykładowca pracujący obecnie w Sierra Leone podejmuje nas herbatą i mango.
60 km.


Zaniedbaliśmy się trochę. Miała być codziennie od nas informacja, a wyszło jak zawsze. To wszystko dlatego, że dotarliśmy do Nairobi i mamy tyle atrakcji, że zupełnie nam z głowy wyleciało wysyłanie smsów z relacją. Nadrabiamy i postaramy się, by więcej opóźnień nie było.

11 marca
133 dzień wyprawy

W drogę ruszamy dopiero o 9 czekając wcześniej aż wyschną namioty. Gospodarz częstuje nas herbatą a przy pożegnaniu odmawia krótką modlitwę o powodzenie naszej wyprawy. Około 11 zatrzymujemy się na posiłek sprzedawany wprost ze stojących na ognisku nieopodal drogi garów z kapustą, fasolą i szpinakiem. Zapoznajemy tu weterynarza który zajmuje się między innymi krokodylami chodowanymi na pobliskiej farmie. Okazuje się, że jest szansa obejrzenia farmy. Korzystamy skwapliwie z tej okazji i po kilkunastu minutach docieramy na miejsce. Chodowla jest własnością chińczyków, pracują jednak wyłącznie miejscowi. Ze względów bezpieczeństwa nie możemy jednak zobaczyć dorosłych krokodyli (których jest tu bagatela dwa tysiące), dostajemy za to dwa małe, urodzone kilka dni wcześniej. Sesja zdjęciowa i wracamy na trasę. Jedzie nam się ciężko – drogi wąskie, ruch duży, samochody mijają nas o centymetry. Humory poprawiają nam się przed wieczorem, gdyż rozbijamy namioty na dużej plantacji kawy. Szkoda że nie jest to czas zbiorów...

12 marca
134 dzień wyprawy

Do Nairobi pozostaje nam nieco ponad 50 km, chcemy tam dotrzeć około południa by mieć czas na znalezienie zakwaterowania (liczymy na to że uda nam się zatrzymać we franciszkańskiej misji, ale pewności nie mamy). Mniej więcej w połowie drogi spotykamy dużą, kilkudziesięcioosobową ekipę rowerzystów jadących w ramach wyprawy Tour d'Afrique. Jadą bardzo podobną trasą do naszej ale bez choćby jednej sakwy – wszystkie ich bagaże transportują dwie duże ciężarówki, nic więc dziwnego że cały dystans 12000 km zamierzają przejechać w 120 dni. My jednak wolimy jechać wolniej, ale zobaczyć więcej :) Do Nairobi docieramy według założonego planu tuż po południu, jednak przedarcie się do centrum między szpalerami stojących w korkach samochodów stanowi nie lada wyzwanie. Zatrzymujemy się przy jednej z kawiarenek internetowych by sprawdzić na Google Maps dokładną lokalizację franciszkanów, okazuje się że są na drugim końcu miasta. Po ponad godzinie docieramy wreszcie do celu. Księża (jest ich trzech w parafii) przyjmują nas serdecznie i dają do dyspozycji salkę gimnastyczną, w której instalujemy się z całym majdanem. Od razu korzystamy z gorącego prysznica, a także ze sposobności wyprania wszystkich rzeczy w parafialnej pralce (dwie przemiłe gospodynie parafialne bardzo się przy tym oburzają, że zamierzamy użyć własnego proszku do prania!). Przed wieczorem Mariusz i Czapla idą do kościoła na Drogę Krzyżową a po powrocie wychodzimy w kierunku hipermarketu kupić coś do jedzenia. Nie udaje nam się tam jednak dotrzeć (Mariusz, który wcześniej był tam na zakupach z jednym z ojców, znowu za dużo gadał zamiast zapamiętać właściwą drogę ;) Posilamy się więc w jednej z pobliskich knajp i wracamy „do domu”.

13 marca
135 dzień wyprawy

Zaczęliśmy dzień od wizyty w supermarkecie. Dopytaliśmy o drogę i półgodzinny spacer ukoronowaliśmy buszowaniem między półkami. W Nairobi można naprawdę wszystko kupić. I mleko, i ser, i wędliny, i słodycze. Wszystko, od czego byliśmy odcięci przez ostatnie trzy miesiące, może z wyjątkiem Addis. Z bólem serca trzeba było dokonać wyboru towarów do zjedzenia na śniadanie, większe zakupy będziemy robić po południu. Supermarket nie ucieknie. Jedziemy do dzielnicy Karen. Nazwa wywodzi się oczywiście od imienia duńskiej pisarki, która tu właśnie miała dom wśród ogrodów kawowych i sawanny uwieczniony w powieści i filmie „Pożegnanie z Afryką”. Przed muzeum odwiedzamy jeszcze dom formacyjny franciszkanów, chcemy spotkać się z dwoma Wojtkami – Polakami, którzy tu uczą się, a za dwa miesiące przyjmą święcenia kapłańskie. Przy okazji zostaliśmy zaproszeni na obiad. Potem długi spacer przez dzielnicę białasów – pola golfowe, kluby, drogie samochody – takie jest dziś Karen. Po kawie i sawannie śladu nie ma, zostały za to piękne, kolonialne rezydencje, w tym dom Blixen, w którym znajduje się muzeum. Niestety cena biletu nie zachęca do zwiedzania, zadowalamy się obejrzeniem ogrodu. A potem powrót do centrum i możemy już dać upust wszelkim zachciankom w wielkim sklepie Nakumatt, w którym spędzamy chyba ze dwie godziny. Po powrocie do domu zajadamy się spaghetti carbonara – tak, udało się kupić boczek, ser i śmietanę. Tylko pieczarek nie było.

14 marca
136 dzień wyprawy

Pora na zwiedzanie centrum Nairobi. Mamy też spotkanie z Dorotą. Dorota jest Polką, mieszka w Kenii, wyczytała o nas w internecie, wyliczyła, że powinniśmy być w okolicach Nairobi i zadzwoniła do nas w piątek – tak się poznaliśmy. Ale wcześniej poszliśmy do kościoła. Msza trwała ponad dwie godziny, a na koniec zostaliśmy wywołani przed ołtarz, gdzie musieliśmy opowiedzieć o naszej podróży. Co za stres! Dowtown Nairobi jest świetne – to duże, ruchliwe, ciasne i wysokie miasto, pełne pozostałości z czasów angielskich rządów. Dorota zaprosiła nas na obiad, a potem przeszliśmy się po uliczkach, patrząc jednak często na zegarki, by nie zastał nas tu zmierzch. Przestrzeżono nas, że nocne Nairobi nie należy do bezpiecznych miejsc.

15 marca
137 dzień wyprawy

Piąty dzień pobytu na plebanii kościoła katolickiego św. Katarzyny. Rano od Doroty, którą wczoraj    poznaliśmy, otrzymujemy wiadomość, że jesteśmy zaproszeni do polskiej ambasady na godz. 12-tą. Jedziemy na rowerach. Najpierw do pracy do Doroty, której przekazujemy suweniry do zawiezienia do Polski, a potem udajemy się do ambasady. Docieramy lekko spóźnieni, bo ochroniarz ambasady USA zamiast do ambasady skierował nas do rezydencji pani ambasador. Jedziemy jeszcze 3 km. Przyjęcie w ambasadzie jest  bardzo ciepłe. Pani ambasador bardzo miła. Wypytuje o szczegóły wyprawy, radzi gdzie warto jeszcze pojechać. Pyta w czym może nam pomóc. Na spotkaniu obecny jest cały personel placówki. Ustalamy, że 25 marca w naszej  ambasadzie odbędzie się spotkanie z Polakami mieszkającymi w Nairobi, na którym zaprezentujemy zdjęcia z wyprawy i opowiemy o dotychczasowym jej przebiegu. Po zakończeniu rozmowy przed budynkiem - na tle polskiej i unijnej flagi - robimy sobie wspólne zdjęcie. Tak więc niespodziewanie nasz pobyt w Nairobi wydłużył się. Podejmujemy decyzję, że najbliższy tydzień spędzimy na wybrzeżu, nad Oceanem Indyjskim w Mombasie, drugim mieście Kenii. Na dworcu kolejowym pamiętającym jeszcze czasy kolonialne dowiadujemy się, że pociągi do Mombasy odjeżdżają tylko 3 razy w tygodniu, najbliższy dopiero w środę o godz. 19. Bilet, który można kupić tylko w dniu wyjazdu, kosztuje 19 zł, a za rower z bagażem (ok. 50 kg) trzeba zapłacić 48 zł. Pociąg jedzie 15 godzin. Obok dworca w barze jemy coś na szybko, a Czapla zwiedza pobliskie muzeum kolejnictwa. W drodze powrotnej odwiedzamy księgarnię w centrum handlowym i supermarket, a na koniec pracowitego dnia składamy jeszcze wizytę w kawiarence internetowej.

16 marca
138 dzień wyprawy

Dzień wewnętrzny (cokolwiek Rysiek przez to rozumie). Każdy robi, co chce. Czapla rano wybrał się na internet i wrócił po trzech godzinach. Mariusz z Ryśkiem w tym czasie robili drobną przepierkę, wypisywali pocztówki. W południe na rowerach pojechaliśmy na obiad do pobliskiego baru. Ryż z warzywami za 2,40 zł + półlitrowa coca-cola za 1,20 zł na chwilę zaspokoiły tylko pragnienie. Kolejne 1,5 godziny na internecie spędzili Mariusz z Ryśkiem, a Czapla w tym czasie tworzył kolejne raporty na laptopie. Jutro jedziemy, więc jeszcze zakupy na wyjazd, pakowanie i kolacja – bakłażany w cieście. Nieźle, nie?

17 marca
139 dzień wyprawy

Jedziemy nad ocean. Mamy tydzień do pokazu slajdów z naszej wyprawy zaplanowanego w Nairobi, coś musimy zrobić z tym czasem. Rano pakowanie, sprzątanie, internet... I na dworzec. Nadajemy rowery na bagaż, dla nas kupujemy bilety w trzeciej klasie. Wygląda na to, że kolej funkcjonuje tu podobnie jak w Malezji - to dla nas dobry znak. Bilet na trasę 500 km kosztuje równowartość 18 złotych. Robimy jeszcze rundkę po downtown po ostatnie zakupy na długą podróż i wsiadamy do pociągu.

18 marca
140 dzień wyprawy

Po prawie 16 godzinach w wagonie trzeciej klasy w końcu dotarliśmy do Mombasy. Ku naszemu zdziwieniu podróż była bardziej komfortowa niż się spodziewaliśmy - warunki w wagonie trochę przypominały te z naszych pociągów osobowych. Każdy z nas miał swoją ławeczkę, która potraktowaliśmy jak pryczę :) więc nawet udało się nam zdrzemnąć. Zwiedzamy Mombasę. Miasto bardzo nam się podoba. Widać tu różnorodność kulturową i religijną, przeważają Muzułmanie i Hindusi, czuć specyficzny klimat dużego, multikulturowego miasta. Na obiad wybieramy hinduską knajpkę, potem jeszcze trochę zwiedzania i opuszczamy Mombasę. Wieczór rozpoczynamy kąpielą w oceanie.

19 marca
141 dzień wyprawy

Przejechaliśmy dziś 90 km, żeby dojechać do Watumu. To miasteczko położone tuż nad oceanem, które upodobali sobie Włosi. Upał daje się nam we znaki, a potęguje go jeszcze wysoka wilgotność. Ale warto było - miasteczko jest piękne, no i woda, plaża, palmy... Zdecydowaliśmy, że nie jedziemy dalej do Lamu. Trochę szkoda, ale nie chcemy ryzykować, że nie zdążymy wrócić do Nairobi na pokaz slajdów. Wieczorem Czapla zmierzył się po raz pierwszy w życiu z rekinem! Zjedliśmy go w risotto na kolację.

20 marca
142 dzień wyprawy

Odpoczywamy nad morzem - jest pięknie: palmy, biały piasek.. Ach!
Wczoraj zrobiliśmy tylko 25 km. Za to zwiedziliśmy ruiny Gede. Miały być jak Angkor Watt, ale okiazały się sporo gorsze, choć równie drogie. Potem byczylismy się na plaży aż do rana. A Czaplę w nocy ugryzł krab! Przyszedł z morza i uznał go za łatwy obiad.

21 marca
143 dzień wyprawy

Rano wracamy do Watamu na umówione wczoraj wstępnie wypłynięcie łódką na rafę. Okazuje się jednak, że cena jest dużo wyższa niż nam wczoraj powiedział jeden z miejscowych. Rezygnujemy więc, ale do końca dnia zostajemy na plaży spędzając większość czasu w ciepłej, turkusowo-przejrzystej wodzie. W środku nocy atak intensywnego deszczu - bez entuzjazmu rozkładamy namioty.

22 marca
144 dzień wyprawy

Spaleni słońcem opuszczamy plażę w Watamu jeszcze przed 8. Rowery sporo lżejsze niż normalnie (część ekwipunku została w Nairobi) więc kolejne kilometry szybko mijają. Ok 11 robimy krótką przerwę na uzupełnienie płynów i posiłek a następnie po kolejnych kilkunastu kilometrach  trzygodzinna sjesta pod rozłożystym drzewem. Mimo że dochodzi 16 upał jest niemiłosierny. Przejeżdżamy jeszcze jakieś 20 km (wartości orientacyjne, poruszamy się wszak bez liczników, mamy już jednak pewność że nowe lecą do nas z Polski wraz z ojcem Tadeuszem, przełożonym prowincji franciszkańskiej w Kenii). Przed wieczorem zatrzymujemy się przy meczecie. Zaopatrujemy się w wodę i niewiele dalej rozbijamy obóz na plantacji roślin które kształtem przypominają duże ananasy (udaje nam się dowiedzieć że wykorzystywane są do produkcji tkanin).  Jest dramatycznie parno. Nie sposób zasnąć, leżymy w namiotach, pot spływa nam po twarzach. Byle dotrwać do rana...

23 marca
145 dzień wyprawy

Pozostałe 40km dzielące nas od Mombasy robimy do południa. Na przedmieściach jeszcze przystanek na zakupy w hipermarkecie Nakumatt, a potem na dworzec. Ważymy rowery, opłacamy należność i już piechotą idziemy do miasta. Najpierw posiłek. Tuż pod murem, pod prowizoryczną osłoną z porwanej ciemnej folii trzy kobiety mieszają coś w garach. Zapewne coś pysznego. Postanawiamy się przekonać. Duża porcja ryżu z mięsem plus (dla chętnych) fasolka to sporo więcej niż spodziewaliśmy się po takim miejscu, do tego 2 razy taniej niż w zwyczajnej knajpie nieopodal (i jakieś 40 razy taniej niż w pierwszej lepszej knajpie dla białych). Dwie godziny największego upału spędzamy na internecie, a po 16 udajemy się jeszcze na rundę po nieodległej okolicy dworca. Specyficzny klimat robotniczej dzielnicy magazynowej fascynuje nas do tego stopnia, że prawie przegapiamy godzinę, o której musimy pojawić się na dworcu by odebrać bagaże. Pociąg odjeżdża o 19, pasażerów niewielu, dzięki czemu każdy z nas znowu ma do dyspozycji własną „kanapę” (co prawda ze względu na długość kanapy dostępna jest jedynie pozycja embrionalna, ale dobre i to :) Wszystkie okna otwarte, więc mimo że pociąg jedzie wolno, cyrkulacja powietrza jest wystarczająca. Między przedziałami nieustannie krążą sprzedawcy przekąsek i napojów. Jest nawet muzykant. Młody Murzyn z gitarą przygrywa pasażerom o życiu, miłości i innych demonach. Przy nas zatrzymuje się na dłużej jakby wyczuwając, że jesteśmy w posiadaniu jakiejś zbędnej gotówki. Nie myli się. Dotrzymuje nam towarzystwa przez dłuższy czas grając, śpiewając i jednocześnie tłumacząc na angielski historie o których śpiewa w suahili. A pociąg z wolna zmierza w kierunku stolicy...

24 marca
146 dzień wyprawy

O 6-tej zaczyna  świtać. Do Nairobi już tylko 4 godziny jazdy. Mijamy kolejne stacje – Sultan Hamud, Kima, Kiu, Ulu, Kalambwani, Athi River. Za oknami migają domy biednych ludzi. Zbudowane z drewna, pokryte słomą, uszczelnione gliną. W obejściu kozy i bose dzieci. Gdy pociąg wjechał na rozległą sawannę przed naszymi oczami ukazał się prawdziwy zwierzyniec. Z bliska mogliśmy podziwiać antylopy, strusie, zebry i żyrafy. W pociągu im bliżej stolicy, tym więcej ludzi. Do Nairobi dojeżdżamy zgodnie z planem, o 10-tej, po 15-tu godzinach jazdy. Sprawnie odbieramy rowery z wagonu bagażowego i przed 12-tą docieramy do jakże gościnnej plebanii kościoła św. Katarzyny. Po drodze jemy posiłek w jednym ze znanych nam wcześniej barów. Za omlet z trzech jajek Rysiek zapłacił tylko 2,40zł. Mariusz u krawca zamawia usługę pozszywania spodni, które dość mocno się podarły podczas pobytu na wybrzeżu. Na plebani witamy się z polskim Franciszkaninem ojcem Tadeuszem Brzozowskim, który właśnie wrócił z urlopu w Polsce. Odbieramy też liczniki rowerowe, które przy okazji nam przywiózł. Po południu Mariusz odwiedza fryzjera, a Czapla pisze scenariusz na jutrzejszy pokaz w polskiej ambasadzie.

25 marca
147 dzień wyprawy

Dziś dzień szczególny, bo spotykamy się z miejscową Polonią. Rano pożegnaliśmy gościnną plebanię, w której spędziliśmy 7 dni, mając do dyspozycji kuchnię, pralnię, prysznic i wc. Tuż po 11-tej dotarliśmy do naszej ambasady. Pracownicy naszej placówki właśnie wybierali się na spotkanie do nuncjatury. Wrócili około 15-tej. W tym czasie zrobiliśmy zakupy w pobliskim centrum handlowym, bo w czasie nieobecności pracowników nikt w ambasadzie nie może przebywać. Centrum handlowe o wysokim standardzie. Klimatyzowane pomieszczenia, pełne półki towaru, przystępne ceny. Po powrocie do ambasady do godz. 19-tej trwały przygotowania do pokazu, Powtarzaliśmy teksty, przeglądaliśmy zdjęcia, omawialiśmy drobne szczegóły. Pokaz rozpoczął się o 19.30. Obecny byli m.in. szef  delegacji UE w Kenii, p. Maria Sapiecha – wnuczka ministra rządu II RP oraz Polacy zatrudnieni w różnych instytucjach oraz firmach na terenie Nairobi. Ponadpółgodzinny pokaz prowadzony w języku angielskim został przyjęty bardzo ciepło. Z sali padło wiele pytań dotyczących naszej wyprawy. Po pokazie wraz z panią ambasador udzieliliśmy wywiadu kenijskiej stacji telewizyjnej K24  (postaramy się wkrótce zemiścić go na welocypedy.pl). Potem rozmowy w sali konferencyjnej trwały jeszcze bardzo długo. Na szczęście nie musieliśmy opuszczać naszej ambasady, bo dzięki uprzejmości pani ambasador mogliśmy zostać tu na noc. Noc spędziliśmy w sali konferencyjnej, śpiąc na wygodnych materacach.

26 marca
148 dzień wyprawy

Cały dzień spedzamy w ambasadzie odsypiając, pisząc, czytając i gadając z pracownikami ambasady. Miły dzień.

27 marca
149 dzień wyprawy

Długo się zbieramy. Dopiero w południe wyjeżdżamy z ambasady. Jedziemy do Doroty na pogaduchy i skorzystać z Internetu. Potem jeszcze supermerket, jeszcze jedna godzina na Internecie i po południu dopiero zaczęlismy wyjeżdżać z miasta. Śpimy na placu budowy koło lotniska.
36 km

28 marca
150 dzień wyprawy

Szybko się zwijamy, śniadanie jemy już po drodze, potem święcimy prawdziwe palmy. Jedziemy szybko, ruch jest nieduży. DZiś nocleg na sawannie.
72 km

29 marca
151 dzień wyprawy

Ostatni dzień w Kenii. Jedziemy przez słabo zaludnione okolice, co 25 km małe miasteczka, ruch nieduży, droga częściowo bez asfaltu - dopiero się buduje. Jedziemy szybko podziwiając ładne widoki. Po południu pokazała się nam Kili. Miasto graniczne - po drugiej stronie jest Tanzania.


Zobacz więcej o tym wyjeździe:
Welocypedem przez Afrykę
Inspiracje
Kazimierz Nowak
Trasa
Góry
Ras Dashen
Kalendarium wyprawy przez Afrykę
Mt. Kenya
Egipt szczegółowo
O wyprawie przez Afrykę, w Trójce
Patroni i Sponsorzy
Egipt krok po kroku
Etiopia szczegółowo
Uczestnicy
Nasza podróż na tle podróży Kazimierza Nowaka oraz Stasia i Nel
Biuro prasowe i główna kwatera
Wyjazdy i powroty
Gdzie nas słuchać
Kalendarium etapu egipskiego
Kalendarium etapu sudanskiego
Zdjęcie z podróży
Kalendarium etapu etiopskiego
1/2 czyli 0,5
Tanzania dzień po dniu
Zambia dzień po dniu
Trzy czwarte
Jedyne takie miejsce
Botswana dzień po dniu
Ostatnia prosta (a raczej dwie)
Poludniowa Afryka - dzien po dniu
Wyprawa w TV
Znowu razem
Powrót do domu

_________
komentarze:
13.04.2010 10:52    
~ka
A teraz gdzie jesteście?

dodaj wpis


15.03.2010 17:46    
czapla

Na razie jeszcze jesteśmy blisko równika, więc trzymamy równowagę. Gdy się oddalimy, to będzie gorzej...



dodaj wpis


09.03.2010 20:18    
~ka
A czy na drugiej półkuli ludzie chodzą do góry nogami? Jest tak, jak biednymi zmysłami wierzył Tuwim? Jeździcie do góry kołami?

dodaj wpis


09.03.2010 18:48    
~czapla
Krzyz Poludnia ogladamy od Sudanu. Tam pokazywal sie na niebie po polnocy. Tu jest widoczny juz od poznego wieczoru. O ile oczywiscie przypadkiem nie pada.

dodaj wpis


09.03.2010 14:29    
~ka
Hej tam, na Południu, pozdrowienia z dalekiej Północy! Zaraz sprawdzimy na mapie, gdzie możecie być. To Krzyż Południa już na pewno oglądacie?

dodaj wpis





treść:
podpis:
wpisz kod: 86865
        Copyright © 1999-2009 www.welocypedy.pl



*/