No to zaczynamy nasz blog. Nasz, czyli wspólnie pisany przez Ryśka, Mariusza i Czaplę. Dotąd w powszechnym mniemaniu funkcję kronikarza wyprawy pełnił Aron i, o ile nam się obiło o uszy, była to relacja bardzo subiektywna i osobista. Niewątpliwie zabraknie nam jego zaangażowania w opisywaniu wydarzeń, ale postaramy się pobieżnie zdawać sprawę z tego, co nas spotyka, byście mieli pojęcie, co się z nami dzieje. Postaramy się też uzupełnić brakujące kalendarium z Sudanu i z początku Etiopii.
Jak wiadomo, Aron podjęł decyzję o powrocie do Polski po pamiętnej kolacji 10 stycznia. Nie będziemy wdawać się w przyczyny, faktem jest, że następnego dnia rano spakował zabawki i ruszył w swoją stronę. Jedziemy więc dalej w sześcioro.
11 stycznia, poniedziałek
Jedziemy nadal przez góry szutrową, bardzo kiepską drogą. Podczas przejazdu przez górskie wioski zostaliśmy zaproszeni na obiad. Jedzenie oczywiście paskudne, ale za darmo. Mieliśmy tez okazję spróbować syndi, czyli warzonego domową metodą piwa. Pokazano nam, jak fermentuje, wzięcie do ust tego specyfiku przyszło nam potem z trudem. Okazało się, że tego dnia przypada jakieś święto – nie wiemy jakie, nie udało nam się ustalić. W każdym razie we wszystkich wioskach ludzie schodzą się, by razem zjeść, a przy okazji zapraszają przejeżdżających rowerzystów. Ze względu na trudny teren, spory upał, wizyty w wioskach i liczne defekty rowerowe przejechaliśmy jedynie 38 km, co w sumie i tak jest niezłym osiągnięciem na tle ostatnich dni. Nocujemy w hotelu w Adigrat. Są nawet sedesy, co z tego, skoro w nocy skończyła się woda, a rano prąd.
12 stycznia, wtorek
Z miasta ruszamy późno, bo dopiero koło południa, po uzupełnieniu zapasów oraz nawiązaniu kontaktu z rodzinami przez hiper szybki internet. Po dwóch dniach jazdy szutrówką doceniamy asfalt – niedużo podjazdów, za to dużo w dół. Co z tego, skoro po zaledwie kilkunastu kilometrach w Sinkacie znów zjeżdżamy na szuter. Naszym celem są skalne kościoły regionu Tigraja, do których póki co asfaltu nie doprowadzono. Nocujemy niedaleko za Sinkatą. Wieczorem jemy placki bananowe z rodzynkami, które Czapla przez dwie godziny smażył na nowo zakupionej patelni (bo jeszcze mamy za mało rzeczy do wożenia). 37 km.
13 stycznia, środa
Boże, jak zimno! Rano na sakwach znaleźliśmy szron. A przecież z gór zjechaliśmy na równinę. I to ma być Afryka? Skostniali spakowaliśmy rzeczy. Jedziemy do Hawzien, niedaleko za nim ma być pierwszy skalny kościół. Na lokalnym targu wydajemy mnóstwo pieniędzy na pamiątki – takie prawdziwe, ludowe, a nie robione pod turystów. Dalej dziarsko wspinamy się na kolejne wzniesienia i dopiero, gdy Czapla złapał gumę, spytaliśmy o drogę – oczywiście okazało się, że się pomyliliśmy i na darmo przejechaliśmy kilkanaście km. Odbija się brak gpsa. Autobusem, który jakimś cudem akurat się napatoczył, wracamy do Hawzien i tam śpimy w hotelu. Nocleg kosztuje 20 birów za pokój, czyli 2,5 zł/os. Najtańszy hotel, w jakim kiedykolwiek spaliśmy. 33 km.
14 stycznia, czwartek
Rano musimy siłą wyjść z hotelu, bo – jak to w Etiopii często bywa – przez noc ustalona cena uległą zmianie, ponieważ stawka dla dwóch mężczyzn śpiących w jednym pokoju jest inna... Jedziemy dalej naszą szutrową drogą, tym razem w dobrą stronę. Pierwszy szok przy wyjeździe z miasta – tu znajduje się pierwszy z kościołów na naszej trasie – cena biletu 50 birów. To znacznie więcej niż się spodziewaliśmy, więc musimy okroić plany. Na podstawie przewodnika wybieramy dwa najciekawsze kościoły, a pozostałe odpuszczamy. Pierwszy z nich jest kilka kilometrów przed nami. Zostawiamy rowery pod opieką Ryśka za Megab i rozpoczynamy żmudną wspinaczkę najpierw kozią ścieżką, a potem już w nagiej skale, bez jakichkolwiek uchwytów czy łańcuchów. Ale wrażenia zdecydowanie godne ceny wstępu. Klasztor Abuna Yemata Guh nie dość że wisi w połowie ogromnej skalnej turni, to jeszcze jest pięknie malowany, a w grocie obok można podziwiać doczesne szczątki poprzednich kapłanów opiekujących się tym miejscem. Gdy wracamy do rowerów, czeka nas przykra niespodzianka. zostaliśmy okradzeni. Mimo iż Rysiek pilnował cały czas naszych bagaży złodzieje tak sprytnie go podeszli że z sakw Jacka i Krzyśka zginęło parę drobiazgów. Wezwana policja oczywiście nic nie mogła zrobić, więc nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć w dalszą drogę. Ostatnia przygoda spotkała Martę i Czaplę już po zmierzchu – gdy przez nikogo niezatrzymywani weszli do niepozornego kościoła przy drodze, a przy wyjściu kazano im zapłacić za zwiedzanie. Oczywiście odmówili, a że pan strażnik był w wyjątkowo wojowniczym nastroju, nie doszło do polubownego rozstrzygnięcia. Śpimy zaraz za wsią, ukryci za murkiem, by nie było nas widać z drogi. Tylko 20 km.
15 stycznia, piątek
Zaczynamy dzień od wspinaczki do kolejnego kościoła – Johannes Maequdi. Nie tak spektakularnego, jak poprzedni, ale też ciekawego i też stanowczo zbyt drogiego (60 birów/os.). Potem najpierw płasko, a potem, a jakże, strome podjazdy, a raczej podejścia, bo wszyscy ledwo co wpychamy rowery pod górę (Marta na cwaniaka wjeżdża samochodem). I w końcu wymarzony asfalt. Znowu hotel – miasteczko Wukro. 30 km.
16 stycznia, sobota
Rano pożegnaliśmy Martę, Jacka i Krzyśka, którzy pojechali samochodem do Lalibeli, by zdążyć na samolot do Addis. Tam rozpoczną drugi etap swojej wycieczki – objazd południa kraju wynajętym samochodem terenowym. Przy okazji odciążają znacznie nasze rowery, zabierając do Polski zakupione pamiątki i niepotrzebny sprzęt. Już we trzech tylko opuszczamy więc Wukro około południa. Wcześniej odwiedzamy miejscową cukiernię, gdzie za 3 kawałki ciasta i kawę płacimy ok 2 zł. W dobrych nastrojach ruszamy w kierunku Mekele. Asfalt konsekwentnie pnie się pod górę, jednak nie przeszkadza nam to aż tak bardzo po ostatnich dniach udręki na kamienisto-piaszczystych szutrach. Jechało by się szybko, gdyby Czapla nie złapał kolejno trzech czy czterech gum w tylnym kole. W rezultacie do Mekele docieramy już po 17, za mało jest więc czasu na zakupy i internet (Czapla musi wysłać terminowy tekst). Musimy znów spać w hotelu, choć nikt nie ma na to ochoty. Mekele to duże miasto, stolica regionu Tigraja, jakiż kontrast z małymi, biednymi wioskami. Na widok pełnych półek w sklepach opanował nas szał zakupów, więc wypełniamy wszelakimi dobrami opustoszałe sakwy. 47 km.
17 stycznia, niedziela
Wyjazd z Mekele opóźnił się, bo korzystaliśmy z dobrodziejstwa internetu, więc wyruszyliśmy dopiero około południa. Wyjeżdżając z miasta, spotkaliśmy Polkę (z Kanady) pracującą dla organizacji Imagine1Day zajmującej się budową szkół w Etiopii. Takich organizacji pozarządowych z całego świata działa w Etiopii bardzo wiele, a i tak z naszych obserwacji wynika, że to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Czapla znów łapie gumy, ale już domyśla się prawdopodobnej (chociaż jakże nieprawdopodobnej!) przyczyny. Zamienia oponę przednią i tylną i zakleja taśmą izolacyjną brzegi opony, które najprawdopodobniej, pracując pod dużym obciążeniem, rozcinały dętkę. Od tej pory gumy nie złapał ani jednej. Wicher straszny, droga prawie cały czas pod górę. Na kolację eksperyment, bo nie mamy teraz żadnej kuchenki turystycznej – kupujemy węgiel drzewny i próbujemy gotować jak miejscowi. Sałatka z ryżem, tuńczykiem i ananasem nie wymagała wiele gotowania, i dobrze, bo węgiel średnio się sprawdził. 45 km.
18 stycznia, poniedziałek
Czaplowe gumy się skończyły, ale za to po 78 dniach podróży pierwszą gumę złapał Mariusz. W pierszej wsi zatrzymujemy się na kawę – tradycyjną ceremonię palenia i parzenia kawy, z jakiej słynie Etiopia. Droga wjeżdża w wysokie góry. Przez większość dnia podjeżdżamy, na szczęście asfaltem, by na sam koniec zjechać do miasteczka Adishu. Tam niespodzianka – trafiamy na idącą przez miasto kolorową procesję – już w przeddzień święta Timkat. O tej procesji za parę dni przeczytacie na blogu Czapli. Po uzupełnieniu prowiantu i wody rozbijamy się na nocleg za miastem. 47 km.
19 stycznia, wtorek, Timkat
Dalej przedzieramy się przez góry, najpierw długo pod górę, a potem 12-km zjazd. Spotykamy wiele ludzi idących na obchody święta, wszyscy odświętnie ubrani, tylko dzieciaki jak zwykle brudne i zapuszczone, uprzykrzają się. Ale jedna grupa dzieci wykazuje się kreatywnością i wbiega za nami na długie wzniesienie, śpiewając piosenki, które nagrywamy. A w miasteczkach tańce na ulicach w rytm bębnów, procesje i śpiewy. Dużo ludzi na ulicach. Przejazd przez nie jest bardzo męczący, więc z przyjemnością na nocleg ukrywamy się przed ludźmi za niewielkim pagórkiem, niewidoczni z drogi. A i tak dzieci nas wypatrzyły. 58 km
20 stycznia, środa
Zaczynamy od długiego podjazdu, na którym dochodzi do nieprzyjemnych starć z wojowniczą młodzieżą, którą uprzednio metodą kija i marchewki Czapla usiłował oduczyć od żebrania. Uciekamy i postanawiamy więcej nie reagować agresywnie na ich zaczepki. Zjeżdżamy do Korem. Tu podejmujemy ostateczną decyzję – nie jedziemy drogą szutrową przez góry do Lalibeli. Zamiast tego pojedziemy asfaltem do Woldii, a stamtąd do Lalibeli pojedziemy bez rowerów autobusem. Dziś drugi dzień święta. We wszystkich miastach i wioskach musimy przedzierać się przez tłumy na ulicach, które tańczą i śpiewają. Zauważamy w tłumie ludzi noszących koszulki ze znajomo brzmiącymi napisami: Ratownik „WOPR” i „(ktoś tam) kandydatem na prezydenta Bytomia”. Ulice kompletnie nieprzejezdne, musimy czekać, aż przejdzie korowód. Przy okazji sami stajemy się atrakcją świąteczną. Spotyka nas kolejna kradzież – Czaplowa laska edukatora znika w tłumie – cóż, łatwo przyszło, łatwo poszło. Do Alamaty dłuuuugi zjazd, a potem droga prosta jak strzelił i zupełnie płaska! Wieczorem nie udało nam się rozpalić porządnego ognia, bo drewno się nie chciało palić. Niedoszła zupa pomidorowa stała się sałatką, a zupki w proszku zalaliśmy wodą prawie gorącą. Ciekawe w jakiej temperaturze ginie ameba... 66 km.
21 stycznia, czwartek
Dziś nie ma słońca, całe niebo zasnute chmurami. Ognia nie ma, więc w pierwszym miasteczku – Kobo – zatrzymujemy się na kawę macchiato – chociaż tyle pozostało po włoskiej okupacji Etiopii. Znak drogowy (to rzadkość) wskazuje odległość do Addis Abeby – 553 km. Spinamy się, żeby dojechać do Woldii, jedzie się dobrze, bo nie jest gorąco. Ale na koniec dał nam się we znaki długi podjazd piękną doliną. Po drodze pierwszy (może nawet jedyny w Etiopii?) tunel, całe 150 m. W Woldii spędzamy sporo czasu na poszukiwaniu hotelu – albo nie ma wody, albo prądu, albo syf większy niż zwykle. W końcu za 100 birów (25 zł) wynajmujemy pokój z dwoma łóżkami i ciepłą wodą. Prowadzą go muzułmanie, więc bez wahania pozostawimy tam rowery bez opieki na cały następny dzień. 60 km. Dziś przekroczyliśmy 4000 km jazdy rowerem przez Czarny Ląd.
22 stycznia, piątek
Pobudka o pół do piątej. Półprzytomni wleczemy się na dworzec autobusowy i wsiadamy do rozklekotanego autobusu do Lalibeli. Po zaledwie półtoragodzinnym oczekiwaniu na komplet pasażerów autobus wesoło rusza. Podróż trwa koszmarnych pięć godzin. Do Lalibeli docieramy w samo południe, akurat gdy zaczęła się przerwa obiadowa w kościołach i muzeum. Nie pozostaje nam nic innego, jak przeczekać w restauracji. Ceny w mieście zaporowe, postanawiamy pod żadnym pozorem nie zostawać tu na noc. Bilet wstępu do skalnych kościołów kosztuje 300 birów (75 zł), więcej niż piramidy, Luksor, ateński akropol i Luwr. Doją nas, aż miło! Kościoły oczywiście ciekawe i jedyne w swoim rodzaju, robią wrażenie, ale ta cena... Popołudniami autobusy w Etiopii nie kursują, ale udało nam się zatrzymać ciężarówkę i za niewygórowaną opłatą dojechać do Gaszany, gdzie zaczyna się asfalt i skąd liczyliśmy na transport do Woldii. Niestety przeliczyliśmy się, zostajemy na noc w tanim hoteliku. Pierwszy deszcz – kilka minut wprawdzie, ale bardzo intensywny.
23 stycznia, sobota
Obudzili nas o pół do siódmej naganiacze: „Woldia, Woldia!” Po 10 minutach siedzieliśmy już w autobusie, a po kolejnych trzech ciężkich godzinach dotarliśmy na znajomy „dworzec” autobusowy w Woldii. Kawka, ciasteczko, przekąska, soczek, pakowanie rowerów i w samo południe ruszamy w drogę. Oczywiście pod górę. Potem parę zjazdów, parę podjazdów – standard. Jedziemy tego dnia dość krótko, bo tylko pięć godzin. O piątej już postanawiamy rozbić obóz i ugotować wielki gar zupy pomidorowej z ryżem (nawet zostało na rano!) w towarzystwie licznej gromadki obserwatorów z sąsiedniego domu (mamusia, tatuś i około dziesięciorga dziatwy, ot, modelowa etiopska rodzinka 2+n). 53 km.
24 stycznia, niedziela
Po zaledwie trzech godzinach porannej krzątaniny o 9.30 byliśmy już na drodze. Spotkaliśmy parę Niemców od sześciu lat przemierzających świat samochodem pancernym. Ich samochód wygląda stanowczo groźniej niż niejeden pojazd sił pokojowych ONZ. Przekazali nam cenne, choć nie do końca pozytywne, informacje na temat dalszej trasy. Długi, piękny zjazd w górach, a potem znów podjazdy. Rysiek łapie gumę. Niemniej jednak udaje nam się na czas dojechać do miasteczka Hayk, w którym Lonely Planet zaleca zwiedzenie kościoła. Udało nam się trafić na coś nowego do jedzenia – smażone pierożki z soczewicą – przyjemna odmiana po fasoli i jajkach. I genialne soki z awokado z syropem truskawkowym – genialne połączenie, polecamy! Robimy zakupy – twarogu nie ma, ale są ryby. Czapla z Mariuszem udają się na zwiedzanie, a Rysiek zostaje na warcie. Muzeum tradycyjnie droższe od pieniędzy i w sumie nieszczególnie ciekawe, ale przewodnik opowiada nam wiele o etiopskim chrześcijaństwie, więc w sumie jesteśmy zadowoleni. O zmierzchu wyjeżdżamy z miasta i parę kilometrów dalej rozbijamy obóz na łączce w pobliżu drogi. Na kolację zupa rybna. Mariusz nieszczęśliwy, bo Czapla znów przesadził z przyprawami :) 45 km.
25 stycznia, poniedziałek
88 dzień wyprawy
Długi podjazd, a potem zjazd do Dessie. Miasto paskudne, rozkopane, nic specjalnego w nim nie ma, ale spędziliśmy w nim pięć godzin, żeby nadrobić zaległości internetowe. Nie spodziewaliśmy się zupełnie zobaczyć tam ogromnej, kilkutysięcznej procesji – ku czci św. Jerzego, patrona Etiopii. Wyjeżdżamy już pod wieczór, długi zjazd serpentynami. Próbujemy zrobić naleśniki, ale za dużo roboty, mieszamy więc ciasto z farszem i smażymy całkiem udane placki z serem i rodzynkami. 44 km.
26 stycznia, wtorek
89 dzień wyprawy
W pierwszym mieście, Kombolczy, zgodnie z nową, świecką tradycją zatrzymujemy się na soczek owocowy. Miasto równie nieciekawe jak Dessie. Jedzie nam się dziś wyjątkowo dobrze, żwawo pokonujemy kolejne dziesiątki kilometrów i mijamy kolejne nieciekawe miejscowości. Do tego stopnia nic w nich nie ma, że nawet na kolację nie jesteśmy w stanie zrobić żadnych zakupów. Najadamy się na zapas w restauracji i niedaleko za Wollo stajemy na nocleg po pokonaniu 74 km, pierwszy raz od bardzo dawna taki długi odcinek. Tego dnia stuknęło 1000 km w Etiopii i 17000 na liczniku Czaplowym.
27 stycznia, środa
90 dzień wyprawy
Znów są góry. Znów dobrze się jedzie i znów nic nowego po drodze, ale humory dopisują, więc do południa machnęliśmy 50 km. A tam dopadł nas upał. Dwie godziny siedzieliśmy schowani w cieniu, pijąc soczki, nawet nie mając siły się obżerać – zresztą i tak nie bardzo jest co jeść. Znowu trudności z aprowizacją. Za to miejsce na nocleg wyjątkowo ładne – nad potoczkiem, grają nam żaby i świecą robaczki świętojańskie. Przyszli też miejscowi, by przestrzec nas przed hienami i złodziejami grasującymi w okolicy. Niestety, nie udało nam się ujrzeć tych fascynujących drapieżników, a i złodzieje do nas tej nocy nie zawitali. 77 km.
28 stycznia, czwartek
91 dzień wyprawy
Dziś dzień polski. Spotykamy rano dwa autobusy z polskimi turystami. Ucinamy przyjemną pogawędkę, nawet zgadzają się zabrać nam parę rzeczy do kraju. Zostaliśmy obdarowani deficytowym dobrem w postaci tabliczki czekolady. Całe szczęście 18 kawałków dzieli się na 3 bez reszty! I ciekawostka statystyczna: za 2-tygodniową wycieczkę po Etiopii zapłacili tyle, co my za 3,5 miesiąca pobytu w Afryce. Dostajemy też sms z Polski, że Julie rezygnują z przyjazdu. No to na dostawę słodyczy nie ma co liczyć, a my jesteśmy skazani na własne towarzystwo przez kolejnych sześć (?) miesięcy. Zaczyna się prawdziwa męczarnia – 30 km podjazdu i końca nie widać. Na dodatek po drodze nie ma żadnego jedzenia. Wieczorem do miasta zostają nam 4 km, ale nie mamy już siły tam dotrzeć. Z bardzo ograniczoną ilością wyżebranej wody rozbijamy obóz pod wielkim drzewem. 44 km.
29 stycznia, piątek, Czapli urodziny
92 dzień wyprawy
Męczącego podjazdu ciąg dalszy. Musimy wspiąć się – tak powiedzieli nam parę dni temu spotkani Niemcy – na ponad 3000 m n.p.m. No to się wspinamy. Krótka przerwa w Debresinie i dalszy podjazd. Wspinamy się dalej, a na sam koniec Etiopia nas mile zaskoczyła – tunel, który oszczędził nam wprawdzie ostatniego podjazdu, ale dostarczył dodatkowych emocji: 800 m bez światła, bez asfaltu, więc welocypedy trzeba prowadzić, miejscami wpadając po kostki w kałuże. Najfajniej było, gdy mijały nas ciężarówki. A po drugiej stronie okazało się, że asfaltu nie ma nadal. Więc kilka km po szutrze w pyle spod kół samochodów budujących drogę. Trochę w górę, trochę w dół, w końcu jednak pojawia się świeży asfalt, dzięki któremu mamy szansę znacznie poprawić nienajlepszy dzienny dystans. Rozbijamy się w niewielkim zagajniku eukaliptusowym w towarzystwie ciekawskiej gromadki wiejskiej młodzieży, która tradycyjnie wycofuje się wraz z zapadnięciem zmierzchu. Na kolację z trudem rozpracowujemy pełny gar ryżu z bananami. Nocą Mariusz dostaje wysokiej gorączki którą zbija nieco przy pomocy Ibuprofenu. 42Km
30 stycznia, sobota
93 dzień wyprawy
Rano temperatura Mariusza spada do ok 39 stopni, czuje się nieźle więc ruszamy w dalszą drogę. Po 24 kilometrach docieramy do Debre Birhan. Okazuje się jednak, że gorączka Mariusza nie daje za wygraną, skacze powyżej 40 stopni powodując osłabienie uniemożliwiające dalszą jazdę. Na szczęście w miasteczku jest szpital, jest więc możliwość konsultacji lekarskiej. Badanie krwi nie wykazuje jednak obecności malarii, lekarz na wszelki wypadek przepisuje jednak antybiotyk. Zostajemy w miasteczku na noc, nie obywa się jednak bez incydentu w hotelu. Ustalona początkowo cena za pokój na poziomie 15birów zamienia się po kilku godzinach w 50birów. (zdajemy sobie sprawę że Etiopczycy nie odróżniają fifteen od fifty upewniliśmy się więc dokładnie na początku czy chodzi o „one-five”). Po kilkunastominutowej awanturze zmieniamy hotel, jednak poziom naszej sympatii do miejscowych osiągnął po raz kolejny stan bliski zeru. Mimo że przed przyjazdem tu byliśmy ostrzegani przed takimi sytuacjami i zapewniani że za wiele usług będziemy musieli płacić więcej (jako biali) trudno nam się pogodzić z tak bezczelnymi próbami wyłudzenia.
31 stycznia, niedziela
94 dzień wyprawy
Mariuszowa gorączka nie odpuszcza, ale ponieważ czuje się dobrze ruszamy dalej. Do Adis zostaje już tylko 130km. Na około setnym kilometrze przed stolicą spotykamy Niemca pracującego tu w ramach Niemieckiego programu pomocowego dla Etiopii. Kiedy w trakcie rozmowy dowiaduje się o nienajlepszym stanie zdrowia Mariusza proponuje, wręcz nalega by zabrał się z nim do stolicy, oferuje też pomoc w znalezieniu taniego hotelu. Mimo dobrego samopoczucia, Mariusz korzysta z okazji mając świadomość że znajomość z osobą znającą stolicę może być nieoceniona. Po drodze Niemiec dzwoni do swojego znajomego prowadzącego hotel, jednak okazuje się że wszystkie miejsca są zajęte. Mariusz pyta więc o kemping, mając w pamięci ten Chartumski, gdzie spędziliśmy 2 dni w bardzo przyjemnych warunkach. Okazuje się że w Adis nic takiego nie ma, jednak w zamian dostajemy coś dużo lepszego – możliwość rozbicia się w ogrodzie Josepha (tak ma na imię nasz niemiecki dobrodziej) z dostępem do pralki i prysznica z gorącą wodą. Za podobny standard w jakimkolwiek hotelu w stolicy musielibyśmy zapłacić fortunę! Tymczasem Rysiek z Czaplą mieli długi dzień w siodłach. Przebijali się 25km po szutrach za to potem w 2 godziny śmignęli 40km po nowym odcinku asfaltu. Dzienny dystans ok 90km.
1 lutego, poniedziałek
95 dzień wyprawy
Rysiek z Czaplą wstają przed świtem, już o 8 są na drodze, licząc że brakujące 47km zrobią w 2 godzinki. Jednak kolejne, ciągnące się kilometrami odcinki robót drogowych zmodyfikowały te plany, w efekcie do Adis dotarli tuż przed 12. Tymczasem Mariusz nie mogąc pozbyć się gorączki i targających nim nocnych dreszczy jedzie z Josephem do prywatnej koreańskiej kliniki licząc na wsparcie lepszych specjalistów z dziedziny medycyny niż w Debre Birhan. I tak było w istocie. Pięciogodzinna wizyta w klinice, w tym szczegółowe badanie krwi nie pozostawiły wątpliwości – malaria. Jednak zgodnie z zapewnieniami lekarza trzydniowa kuracja ma przywrócić pełnię zdrowia. Spotkaliśmy się ok. 18 na trawniku Josepha. Po wspólnej kolacji przygotowanej przez gospodarzy udaliśmy się na spoczynek, wszyscy zmęczeni zakończonym dniem.
2 lutego, wtorek
96 dzień wyprawy
Zamówioną dla nas przez Josepha taksówką udajemy się po wizy do Kenijskiej Ambasady. Zazwyczaj wizy kupuje się na granicy, jednak nie jest to możliwe gdy granicę przekracza się przy jeziorze Turkana. Formalności poszły gładko, po odbiór mamy zgłosić się jutro. Z Ambasady ruszamy na podbój miasta. Najpierw Piazza, czyli centralna dzielnica z czasów włoskiej okupacji. Bez trudu znajdujemy czarny rynek walutowy, sklepy z pamiątkami i mnóstwo świetnego jedzenia w restauracjach i kawiarniach. A potem... idziemy do kina! (Rysiek wybiera buszowanie w internecie, wreszcie naprawdę szybkim). Prawdziwe zaskoczenie – rewizja osobista przed wejściem do kina i zakaz wnoszenia aparatów fotograficznych. Film - „Klient” wg powieści Johna Grishama. Warunki w kinie – późny PRL. Cena biletu – 1zł :) Następnie wizyty na poczcie (połączona z kolejną drobiazgową rewizją), na nieczynnym dworcu kolejowym, jedynej etiopskiej linii kolejowej wiodącej do Dżibuti, dalej Meskel Square, markety spożywcze i po całodziennej włóczędze wyczerpani wracamy do domu. Aha, po drodze korzystamy z jednej z wszechobecnych na tutejszych chodnikach wag i sprawdzamy straty. Okazuje się że solidarnie zostawiliśmy na afrykańskiej ziemi po 8-10 kg. Jak dotychczas. Być może w Kenii uda się upolować jakiegoś niedużego słonia (oczywiście starego, błagającego o eutanazję) i uzupełnić straty bo etiopska dieta na pewno w tym nie pomoże ;)
3 lutego, środa
97 dzień wyprawy
Dzień rozpoczynamy ponownie od kenijskiej Ambasady, gdzie odbieramy paszporty z wizami. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu. Rozpoczynamy od Muzeum Historii Naturalnej czyli Muzeum Wypchanych Zwierząt, pierwsze bliskie spotkanie z prawdziwymi drapieżnikami na afrykańskiej ziemi. Potem Narodowe i wycieczka w prehistorię. Odwiedzamy naszą praprzodkinię Lucy sprzed 3,5 miliona lat. Taka malutka. Następnie wizyta w Katedrze Trójcy Świętej, wartej odwiedzenia chyba tylko ze względu na grób Hajle Sellasje. Do domu wracamy już po 17 gdyż dzień wcześniej zaprosiliśmy naszych gospodarzy na polski obiad, potrzebowaliśmy więc czasu na przygotowanie mielonych z ziemniakami i zasmażaną kapustą oraz może nie typowo polskiej, ale naprawdę smacznej zupy z porów. Walorów polskiej kuchni nie mogła niestety docenić pani domu gdyż jako ortodoksyjna Etiopka obowiązana jest pościć w każdą środę i piątek. Joseph był jednak zachwycony :)
4 lutego, czwartek
98 dzień wyprawy
Rano odbieramy pozostawioną przez Arona paczkę, która jak już chyba wiadomo nie do końca nas usatysfakcjonowała, głównie dlatego że zabrakło dwóch rzeczy na których nam najbardziej zależało. Trudno, damy radę. Bierzemy busa i jedziemy na podobno największy bazar w Afryce – Merkato. Obładowani pamiątkami jedziemy zwiedzać muzeum etnograficzne. Odnajdujemy je po dosyć długich poszukiwaniach na terenie Uniwersytetu, w byłym pałacu Hajle Sellasje. Przed wieczorem wracamy do domu, gdzie Mariusz i Czapla przygotowują się do jutrzejszego wyjazdu nad Jezioro Tana. Rysiek rezygnuje z wycieczki, zostaje u Josepha.
5 lutego, piątek
99 dzień wyprawy
Czapla i Mariusz o 3 w nocy ruszają do Bahir Dar zamówionym wcześniej minibusem. Po męczących dziesięciu godzinach docierają na miejsce. Czapla jest w złej formie, walczy z osłabieniem i gorączką. Instalują się w jednym z hoteli po czym na przystani sprawdzają ceny wynajmu łodzi do monastyrów na jeziorze. Czapla czuje się jednak na tyle fatalnie, że jedzie do szpitala sprawdzić czy przypadkiem nie jest kolejną w ekipie ofiarą malarii. Badanie krwi niczego nie wykazuje, jednak lekarz na wszelki wypadek przepisuje mu Coartem, lek, który dopiero co skutecznie wyleczył z malarii Mariusza. W drodze powrotnej spotyka grupę Polaków również zamierzających następnego dnia popłynąć do monastyrów. Umawiają się na wspólne wynajęcie łodzi co pozwoli znacznie obniżyć koszty. Wieczorem w hotelowym pokoju powstaje nowa wersja wizytówki „Welocypedem przez Afrykę”. Od dłuższego czasu nosiliśmy się z zamiarem jej stworzenia, wreszcie się udało, jeszcze tylko przeprawa w zakładzie fotograficznym (gdzie pracownik przyjął zamówienie po czym go nie zrealizował) i mamy kilkadziesiąt nowych kart do dyspozycji.
Tymczasem w Adis Rysiek zagłębia się w lekturze książki o Kazimierzu Nowaku i pochłania kolejne porcje ciasta z pobliskiej cukierni...
6 lutego, sobota
100 dzień wyprawy
Przed ósmą Mariusz z Czaplą udają się na przystań na umówiony rejs po jeziorze Tana i wizytę w monastyrach. Łódka zabiera 8 osób, prócz Mariusza i Czapli Karolinę z Polski, Angielkę Susan, jednego Izraelczyka i troje Etiopczyków. Do tego obowiązkowy przewodnik, który jak się potem okazało wcale obowiązkowy nie był, jednak informacje przez niego przekazywane były na tyle ciekawe, że nikt nie żałował dodatkowego wydatku. Monastyrów wartych zwiedzenia jest według przewodnika kilkanaście, jednak wejście do jednego, dwóch daje pojęcie o pozostałych gdyż budowane są wg podobnego schematu, różnią się głównie malowidłami na wewnętrznych ścianach przedstawiającymi sceny ze Starego i Nowego Testamentu oraz legend z życia Chrystusa i świętych. Legendy te traktowane są przez ortodoksyjnych Etiopczyków na równi ze słowem Pisma Świętego co dla nas, chrześcijan kościoła zachodniego było prawdziwą niespodzianką, na przykład przekonanie, że Maryja zmarła w wieku 64 lat... Po wizycie w monastyrach płyniemy do źródeł Nilu, podziwiając po drodze stada pelikanów lecących z jednego brzegu jeziora na drugi dosłownie kilkadziesiąt centymetrów nad taflą wody. Robią wrażenie ptaszyska. Cała wycieczka trwała 6 godzin, i była naprawdę interesująca, niestety nie dla Czapli, który przez cały czas walczył z fatalnym samopoczuciem i gorączką. Po powrocie wygłodniali do granic pochłaniamy świetną smażoną rybę w hotelowej restauracji, a następnie, a jakże codzienną porcję soków z awokado, mango, papai i reszty... Bezcenne.
Tymczasem w Adis Rysiek zagłębia się w lekturze książki o Kazimierzu Nowaku i pochłania kolejne porcje ciasta z pobliskiej cukierni...
7 lutego, niedziela
101 dzień wyprawy
Kolejny dzień Czapli i Mariusza w Bahir Dar. Wspólnie z grupą poznanych wcześniej znajomych udają się do Tissisat nad wodospad na Nilu Błękitnym. Krajobraz malowniczy, jednak sam wodospad nieco rozczarowuje. Po tym jak Etiopia wybudowała tamę na Nilu, z Wodospadu szerokości kilkudziesięciu metrów pozostały dwie pojedyncze strugi które co prawda również robią wrażenie, jednak widząc choćby na pocztówkach minioną świetność tego wodospadu serce się kraje, że lekką ręką unicestwiono to wspaniałe arcydzieło przyrody. Niestety tego dnia Czapla czuje się jeszcze gorzej i mimo kuracji antymalarycznej pojawia się kolejny objaw – nieprzyjemny duszący kaszel. Resztę dnia po powrocie spędza w hotelowym łóżku walcząc z malarią. W tym czasie Mariusz z Tomkiem, który również podróżuje po Etiopii umawiają minibusa na jutrzejszy powrót do Adis płacąc 160 birów od osoby, czyli o 20 więcej niż z Adis, jednak są zapewniani że kierowca podwozi pasażerów w dowolne miejsce w stolicy. Nie mając lepszej alternatywy zgadzają się.
8 lutego, poniedziałek
102 dzień wyprawy
Pobudka o 3 w nocy, szybkie śniadanie, pakowanie i o 4 podjeżdża umówiony bus. Podróż zapowiada się jeszcze gorzej niż poprzednio, nie dosyć że miejsca na wyprostowanie nóg praktycznie nie ma to tuż po starcie z głośników rozlega się głośna etiopska muzyka. Kierowca pozostaje głuchy na prośby o sciszenie, tym bardziej, że reszcie pasażerów muzyka nie przeszkadza, wręcz przeciwnie... Męczymy się więc niemal 11 godzin docierając w końcu do deszczowej jak się okazało Adis gdzie bus zatrzymał się na pierwszym większym parkingu. Oczywiście okazało się że zapewnienia o transporcie door-to-door były zwykłym oszustwem. Ani awantura, ani interwencja u pobliskiego policjanta nie przynoszą rezultatu. Stróż prawa woli się po prostu nie mieszać... Zaskoczeni? My już mniej :/ Około 16 docieramy w końcu do domu, z ulgą odprężamy się pod prysznicem i ponownie zaproszeni jesteśmy przez gospodarzy na wspólną kolację. Czapla czuje się nieco lepiej ale ostateczną decyzję o opuszczeniu stolicy przekładamy na następny dzień.
9 lutego, wtorek
103 dzień wyprawy
Samopoczucie Czapli poprawia się, postanawiamy więc ostatecznie wyruszyć następnego dnia. Czapla pracuje nad ostatnimi artykułami na bloga a Mariusz z Ryśkiem ponownie jadą na Mercato w poszukiwaniu kuchenki benzynowej której posiadanie staje się niemal koniecznością jeśli myślimy o ciepłych posiłkach w warunkach pory deszczowej. Na miejscu okazuje się że 100% dostępnych kuchenek benzynowych to odmiany chińskiego badziewia z którego korzystaliśmy już w górach Siemen, niestety tylko przez tydzień, gdyż po tym czasie żywotność tego cudu techniki upłynęła :/ Jednak Mercato wreszcie pozytywnie zaskoczyło. Miejscowi przewodnicy znaleźli nam sklep z kuchenkami gazowymi. Cena wyjściowa była zaporowa (1200 birów) jednak po negocjacjach spada do 630 birów (1 bir = ok. 4,5zł) i ostatecznie 2-litrowa kuchenka staje się częścią naszego ekwipunku. Jest ciężka, niemała, to fakt, ale jesteśmy przekonani że uratuje nam niejeden wieczorny posiłek. Kolacja w restauracji na mieście zwieńczona soczkami na dobranoc. Aha, ulegamy namowom Josepha i postanawiamy zostać w stolicy jeszcze dzień :)
10 lutego
104 dzień wyprawy
Okazuje się że wysypka która pojawiła się na ciele Czapli dwa dni wcześniej nie ustąpiła a wręcz przybrała na sile. Chcąc nie chcąc Czapla udaje się do znanej nam już koreańskiej kliniki by upewnić się czy nie jest to coś poważnego. Na szczęście dzień wcześniej ostatecznie zawarte zostały w Polsce polisy ubezpieczeniowe z naszym nowym sponsorem, firmą Signal Iduna, dzięki czemu wizyta w klinice była dla Czapli bezpłatna. W tym samym czasie Rysiek jedzie na Piazzę do serwisu rowerowego wycentrować tylne koło. Nie mija pół godziny i nad miastem ponownie pojawia się deszcz. Czapla wraca z kliniki, ale na werdykt musimy poczekać do jutra. Po godzinie wraca Rysiek. Bez roweru, odbiór jutro rano. Stolica naprawdę nie chce byśmy ją opuścili zbyt szybko :)
11 lutego
105 dzień wyprawy
Ostatni dzień w stolicy, kiedyś w końcu trzeba się ruszyć. Rysiek odbiera rower z serwisu, Czapla odbiera wyniki badań, okazuje się że wysypka ma charakter uczuleniowy, więc za kilka dni powinna ustąpić. Pakowanie zabawek przedłuża się do południa. Pożegnanie z Josephem, wymiana adresów i możemy ruszać. Jeszcze tylko ostatni w stolicy obiad (świetny ryż z rybą i warzywami), ostatnia wizyta na Internecie, ostatnie zakupy i niedługo po 17-tej wyjeżdżamy z miasta. Kończy się ono jednak dopiero po ok 20 km więc już po ciemku rozbijamy się na tyłach restauracji w sąsiedniej niewielkiej miejscowości. Oczywiście miejscowi, w tym sam właściciel nie omieszkują przestrzec nas przed grasującymi w tych okolicach hienami. Najwyraźniej jednak nie jesteśmy dla tutejszych hien wystarczająco atrakcyjni, żadna się nie pofatygowała, noc znowu minęła spokojnie... 28 km.
12 lutego
106 dzień wyprawy
Od rana pochmurnie, jednak jedzie się przyjemnie. Kilometry mijają, chmury nie ustępują, ciemnieją wręcz. Jedziemy szybko. Coraz szybciej. Niewystarczająco szybko. Ulewa dopada nas, kiedy akurat nie mamy się gdzie przed nią schronić. Jedziemy więc kolejne kilka kilometrów w deszczu zanim w końcu znajdujemy nieduży daszek, pod którym czekamy godzinę do końca ulewy, próbując wysuszyć rzeczy i niecierpliwie odliczając czas do zachodu słońca. Kiedy wreszcie przestaje padać, pędzimy do najbliższej wioski, nabieramy wodę i kawałek dalej rozbijamy się na grząskim rżysku. Koła rowerów i nasze buty oblepione są kilogramami błota. Nieciekawe nastroje poprawia nam kolacja – pasta agli spinachi :) 62 km.
13 lutego
107 dzień wyprawy
Czyszczenie rowerów zajęło dobre dwie godziny. Ruszamy więc dopiero po 11 ale już po godzinie jazdy zatrzymujemy się w miasteczku Tya na rybkę. Główną atrakcją miasteczka są jednak kamienne stele grobowe wpisane na listę UNESCO. Jedynie Czapla poszedł zapoznawać się ze spuścizną po dawnych „cywilizacjach”, reszta ekipy w proteście przeciwko zawyżonym po raz kolejny cenom biletów ogląda wystające z ziemi kamienie z większej odległości. Po programie kulturalnym wskakujemy na rowery i pędzimy w stronę miasteczka Butajira, po którym wiele sobie obiecujemy. Czapla zatrzymuje samochód z białasami, nad którym powiewa biało-czerwona flaga, i korzysta z okazji, by przesłać do kraju część bagażu. Do Butajiry nie dojechaliśmy, była jednak nieco za daleko, skusił nas możliwością noclegu zagajnik eukaliptusowy. Miejsce okazało się tym lepsze, że miejscowi, w strachu przed hienami, nie zapuszczają się tam, mamy więc święty spokój i możemy nieniepokojeni zająć się produkcją sałatki i zupy z porów. 55 km.
14 lutego
108 dzień wyprawy
Hieny znowu do nas nie przyszły. Brakujących kilka kilometrów do Butajiry przejechaliśmy szybciutko i oto już możemy rozkoszować się wymarzonym sokiem z awokado. Z internetu niestety nie skorzystaliśmy, bo jedyna kawiarenka w mieście jest dziś zamknięta. Przed nami długi zjazd w kierunku jeziora (i miasta) Ziway. Droga piękna i prawie cały czas w dół. Krajobraz się zmienia – skończyły się górki, wkoło jak okiem sięgnąć płaska sawanna. Spotykamy Amerykanina na rowerze – służy nam informacjami o mieście. Ściślej: zaleca nie zatrzymywać się na dłużej, a hipopotamy zobaczyć w którymś z jezior w Kenii lub dalej. Idąc za jego radą ograniczamy postój do konsumpcji kolejnej rybki i soku oraz do krótkiej (przegranej) walki z niesamowicie wolnym internetem. Jeszcze kilkanaście kilometrów i znajdujemy odpowiednie miejsce na nocleg. Wśród akacji, na sawannie, w pobliżu głębokiej rozpadliny, do której na wieczorny posiłek podążało akurat wielkie stado pawianów. Słowem: AFRYKA! A na niedzielny obiad – przygotowywany od trzech dni BIGOS! Smakuje prawie jak w domu. 80 km.
15 lutego
109 dzień wyprawy
Pawiany podeszły całkiem blisko do naszego obozu, ale nie zaatakowały naszych zapasów żywności, choć mówiono nam, że to się zdarza. Po prostej i niemal płaskiej drodze jedziemy w stronę kolejnych jezior. Zjeżdżamy do jeziora Langano, jedyne w Etiopii bez bilharcji, czyli w którym można się bezpiecznie kąpać. Nad jeziorem piękny ośrodek – hotel, basen, spa – jak nie w Etiopii. Ale i ceny jak nie w Etiopii, nie możemy więc sobie pozwolić nawet na kawę i ograniczamy się do siedzenia nad brzegiem jeziora. Tylko Czapla postanowił zażyć kąpieli, reszta nie była do końca przekonana o tej bilharcji... No i stado wołów, które również korzystały z uroków przyjemnie chłodnej wody, nie zachęciło ich do popluskania się w Langano. Dwa kolejne jeziora po przeciwnej stronie szosy leżą w obrębie parku narodowego. Można go zwiedzać, ale myśmy poprzestali na podziwianiu z daleka. Byliśmy zresztą już porządnie głodni, a na rowerze to stanowi priorytet. W najbliższym miasteczku wybór niestety niewielki, tylko niezbyt świeże pierożki z soczewicą. Jedziemy dalej. Chcemy na wieczór dojechać do Awasy. Podobno jest tam ładnie, a dodatkowo kusi nas szybki internet, który spodziewamy się tam znaleźć. Robimy więc tylko jeden postój na soczek, zatrzymujemy się na chwilę w Shashemene, mieście rastafarian, które niewiele jednak różni się od pozostałych etiopskich miasteczek. I na koniec 25 km pięknego zjazdu do Awasy – pokonujemy go w niecałą godzinę. Za to sporo czasu zajmuje nam znalezienie hotelu – trochę trudno się rozeznać w egipskich ciemnościach spowijających miasto – nie ma prądu. Gdy w końcu po paru godzinach włączają, okazuje się, że nasz hotel jest przybytkiem rozpusty, a na dodatek do północy nie będzie nam dawała spać głośna muzyka. 103 km.
16 lutego
110 dzień wyprawy
Poranek upływa nam na przygotowywaniu materiałów do wysłania i wgrania na stronę oraz na nagrywaniu relacji dla radio. Południe spędzamy przed komputerami w kawiarence, a z Awasy wyjeżdżamy dopiero koło 4 po południu. Czasu do wieczora zostało niewiele, ale droga dała nam się we znaki, bo asfalt kiepski, a podjazdy ostre. Teren jest tu gęsto zaludniony, trudno o dobre miejsce na nocleg. W końcu szczęśliwie udaje nam się rozbić obóz przy kościele ewangelickim, z dala od ciekawskich oczu miejscowej dziatwy. Przed zaśnięciem uczestniczymy jeszcze, chcąc, nie chcąc, w koncercie gospel.
22 km.
17 lutego
111 dzień wyprawy
Za to rano otacza nas wianuszek widzów. Jeden z nich wydaje się bardziej do rzeczy. Tłumaczymy mu długo, co nam się w Etiopii nie podoba – głównie żebranie. Przytakuje, potwierdza, dziękuje, a na pożegnanie pyta: why don't you give me some tip? Jak do słupa. Droga kiepska, ciągłe podjazdy i zjazdy, a na dodatek stara, popękana nawierzchnia. Mnóstwo ludzi, namolne dzieciaki uprzykrzają drogę. Na dodatek Czapla z niewyjaśnionych powodów łapie gumę za gumą. Za to jest to raj dla owocożerców, wybór mangów, papaj i ananasów ogromny, a ceny śmieszne. Wiemy już, że należy szukać noclegu przy kościele – tym razem trafiamy do kaplicy katolickiej utrzymywanej przez placówkę misyjną salezjanów w Dila. Śpimy wśród drzew mangowych i awokadowych. Na terenie jest studnia, więc nie ma problemu z wodą. Wieczorem przyjeżdża ksiądz i legalizuje nasz pobyt oraz zaprasza do odwiedzenia misji.
56 km.
18 lutego
112 dzień wyprawy
Do Dila daleko nie mamy, w sumie szkoda, że nie dotarliśmy tu wczoraj – w środę popielcową. Zostaliśmy miło przyjęci i zaproszeni na śniadanie. Potem zwiedzanie misji: warsztatów, stolarni, szkół podstawowej i średniej, przedszkola. Zakres działalności misji jest naprawdę imponujący. Produkują meble i inne sprzęty na własne potrzeby i na sprzedaż, konserwują silniki, szyją, mają własne uprawy kawy. Ogólnie mówiąc, uczą miejscowych zawodu. Oglądamy też ogromny kościół. Wyruszyliśmy po obiedzie, na który zaprosili nas gościnni włoscy księża. Mieliśmy zamiar dojechać do oddalonych o 40 km warsztatów należących do misji, ale otrzymawszy błędne informacje co do stanu drogi, nie dajemy rady. Podjazdy nas wykańczają. Już dobrze po zmroku rozbijamy namioty za wiejskim „ośrodkiem zdrowia”.
43 km.
19 lutego
113 dzień wyprawy
Do warsztatów mamy tylko 6 km. Chyba niewiele straciliśmy, bo tu na gościnę nie mielibyśmy co liczyć, co najwyżej na miejsce do rozbicia namiotów. Jedziemy więc dalej. Przed nami dziesięciokilometrowy podjazd, o którym mówili nam salezjanie. W rzeczywistości miał prawie 30 km. A potem wcale nie było po równym, tylko ciągle w górę i w dół. Męczącą drogę przerywamy tylko na krótkie postoje na jedzenie i na zakupy. Wieczorem szukamy kościoła, ale tym razem nie trafiamy zbyt dobrze – maleńkiego kościółka nie otacza mur, więc mamy mnóstwo widzów. Na szczęście o zmroku rozchodzą się do domów.
53 km.
20 lutego
114 dzień wyprawy
Rysiek doliczył się 79 gapiów zainteresowanych zwijaniem namiotów. Dziś podjazdów trochę mniej i są mniej ostre, za to dużo zjazdów. Zmienia się też krajobraz – zaczyna się sawanna, pojawiają się kilkumetrowe termitiery. Straszny upał, pora zacząć robić siesty, a za to rano szybciej się zwijać. W miasteczku Agere Mariam długi postój – jemy, robimy zakupy, Czapla kupił dwie tykwy. Po południu robimy jeszcze 30 km, zanim rozbijemy obóz. Kolacja niezbyt udana – papryczki, które wyglądały na łagodne, wcale takie nie były. Ledwo napoczętą potrawę chowamy do pudełka – zjemy jutro z makaronem, może będzie mniej ostre.
73 km.
21 lutego
115 dzień wyprawy
Zgodnie z wczorajszymi ustaleniami wyruszamy dużo wcześniej, już przed 8 jesteśmy na drodze. Jest bardzo gorąco. O 11 robimy przerwę na indżerę bejajnet w małym miasteczku (kosztuje 5 birów), potem dwugodzinną przerwę w cieniu akacji. Po południu zaś docieramy do Yabello, gdzie rozbijamy namioty na podwórzu hotelu. Pozwalają nam korzystać z prądu i wody za drobną opłatą, więc układ jest bardzo korzystny. Mimo dodania znacznej ilości makarony wczorajsza kolacja jest nadal bardzo ostra. Ale zjadamy ze smakiem.
62 km.
22 lutego, poniedziałek
116 dzień wyprawy
Korzystając ze dostępności wody przy hotelu robimy szybkie pranie a ok 10 Czapla i Mariusz jadą do oddalonego o 5 km Yabello zorientować się w możliwości odwiedzenia tutejszego parku narodowego. Okazuje się jednak że wynajęcie samochodu jest tego dnia niemożliwe, a do tego droga, którą i tak będziemy jechać dalej, biegnie przez środek parku, jest wiec szansa zobaczyć coś przy okazji. Miasto bardzo rozczarowuje, nie ma nawet “supermarketu” - bez szans na dżem :( o Internecie nie wspominając. Opuszczamy nasz hotel ok 13 i jedziemy bez przerwy 70 km, nabierając przed wieczorem wodę w niewielkim miasteczku. Rozbijamy się w sawannie grubo po 18 smażąc na kolacje całkiem niezłe placki z bananami :)
75km
23 lutego, wtorek
117 dzień wyprawy
Wyjeżdżamy po 8, pokonując kilometry nieustannych podjazdów (dluuugich) i zjazdów (duuużo krótszych) Rysiek zalicza po drodze 2 gumy :) ale do miasteczka docieramy już przed 13. Obiad w restauracji (nie wiedzieć czemu na koniec etiopskiej odysei zaczyna nam smakować indżera), następnie na miejscowym suku zakupy na Kenię (makaron, ryz, soczewica, cukier – przestrzegano nas wcześniej, że ceny w Kenii są wyższe, więc chcemy choć trochę zaoszczędzić, jeśli jest okazja). Opuszczamy miasteczko, przejeżdżając jeszcze kilkanaście km i rozbijamy się wśród sawanny, na terenach zamieszkałych przez najmniejsze antylopy dikdik, które kilkukrotnie przecinały nam tego dnia drogę.
82km
24 lutego, środa
118 dzień wyprawy
Ostatni dzień w Etiopii. 65km dzielące nas od Moyale pokonujemy w dokuczliwym upale, rezygnujemy jednak ze sjesty by mieć zapas czasu na graniczne formalności I ostatnie zakupy. Po drodze spotykamy dwóch młodzieńców z plemienia Oromo, od których kupujemy świeże mleko, a po kolejnych kilkunastu kilometrach natykamy się na kameleona, który tym spotkaniem jest niemniej zaskoczony (i zły ze dał się złapać akurat na asfalcie) Krótka sesja zdjęciowa i ruszamy dalej. Do granicy docieramy po 14. Ostatni posiłek w Etiopii, ostatni sok z awokado, ostatnie biry pozostawione lokalnych sklepikach. Formalności graniczne przechodzimy szybko, w dużej mierze dzięki temu, że posiadamy już kenijskie wizy (nabyte jeszcze w Addis). I chwilę przed 18 (tuż przed zamknięciem) przekraczamy granicę, wjeżdżając do kenijskiej części Moyale. Ze względu na późną porę decydujemy się pozostać w miasteczku do jutra, musimy wymienić pieniądze i przede wszystkim zdecydować, czy najbliższe kilometry pokonujemy na rowerach, czy podjeżdżamy samochodem. Asfaltu nie zobaczymy przez najbliższe 500 km, droga, wg informacji, jakie otrzymujemy, jest fatalna, kamienisto-piaszczysta, biegnąca przez bezludne obszary sawanny, gdzie odległości miedzy osadami ludzkimi często przekraczają 50 km. Dodatkowo, jeśli będziemy mieli (nie)szczęście, możemy stanąć oko w oko z bandytami żyjącymi na tym obszarze z napadów na ciężarówki. Ale przecież przyjechaliśmy tu na rowery! Decyzja jest trudna jednak zwycięża ciekawość, zamierzamy pokonać trasę na rowerach. Wieczór spędzamy w towarzystwie dwóch Koreańczyków, którzy rowerami przemierzają podobna trasę do naszej, jednak w odwrotnym kierunku, wystartowali z Kapsztadu 3 miesiące temu, a ostatnie 500 km bez asfaltu (czekające na nas) podjechali wygodnym samochodem Czerwonego Krzyża. Nie nasz styl :) Wspólną kolację jemy w jednej z lokalnych restauracji, po raz pierwszy stykając się z kenijskimi potrawami. Ze względu na późną porę zostało już tylko jedno danie i, szczerze mówiąc, nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Korzystamy natomiast z okazji i oglądamy w knajpie mecz Ligi Mistrzów Inter-Chelsea (2:1). Nocujemy w namiotach w pobliżu posterunku policji.
65km