we Lwowie
Po raz kolejny odwiedziliśmy to zaczarowane, najpiękniejsze chyba polskie miasto. Po raz kolejny urzekło nas brukowanymi ulicami, pięknymi kamienicami, przedwojennym urokiem, zgiełkiem dużego miasta, ale takim innym, lepszym, głębszym...
Zmienia się mój Lwów. Od paru lat jestem tam przynajmniej raz do roku i obserwuję, jak to prowincjonalne miasto ukraińskie zaczyna żyć. Cieszą mnie te zmiany - odnowione kamienice, czyste witryny sklepowe, oświetlona wieża ratusza nad wyremontowanym rynkiem. Zachodnie miasto przed pięćdziesięcioma laty wciśnięte siłą we Wschód powoli wraca do Europy.
Ale też niektóre zmiany martwią, drobne, ale bolesne ranki zadawane miastu, podcinanie korzeni - na przykład masowe wymienianie w kamienicach żeliwnych skrzynek z napisem "Elektrownia Miejska we Lwowie" na nowe plastikowe. A stare, przedwojenne znikają - pewnie ktoś robi przy okazji dobry interes w imię nowoczesności. Chciałbym zdobyć taką skrzynkę, zanim wszystkie zostaną przetopione na puszki do konserw.
Pokazaliśmy Helenie (naszej Hiszpance) inny świat. Bo jednak Wschodu, Azji i Związku Radzieckiego jeszcze wiele na Ukrainie zostało i nie wygląda na to, by coś się miało wkrótce zmienić. Zobaczymy, co będzie w stanie sprawić Euro 2012. Na razie nadal podróż z Przemyśla trwa cztery godziny, przez granicę przechodzi się w tłumie obklejonych papierosami przemytników, jedzie się śmierdzącą marszrutką.
Ale w sumie tworzy to niesamowity klimat naszych lwowskich eskapad. Podobnie jak picie na Wałach Hetmańskich piwa Bilego kupionego w kiosku z gazetami, jak zajadanie się wspaniałym domowym twarogiem kupionym od babinki na targu przy Placu Bernardyńskim, wędzoną słoniną i kiszonymi ogórkami, jak nocleg w obskurnym hotelu Arena z widokiem na śmietnik i cerkiew św. Jura, jak sprzedawczyni życząca "na zdrowie", gdy się kupuje wód...
Kliknij, by czytać dalej i skomentować
ZOBACZ WIĘCEJ
|