w Słowackim Raju
Nie przypominam sobie, aby jakaś nasza wycieczka zaczęła się w ten sposób. Czapla spóźnił się na pociąg. Czapla miał bilety. Monika i Helena wściekłe maksymalnie. Ja zresztą też, choć na razie wolałem nie dokładać mu od siebie. Spóźniliśmy się na pociąg jadący do Budapesztu, trzeba było szukać alternatywy. Musieliśmy zdecydować, czy staramy się dotrzeć do Raju Słowackiego tak, jak planowaliśmy, czy może zmienić plany i pojechać w Tatry, Beskid Niski, lub Bieszczady. W drodze głosowania ustaliliśmy, że jedziemy jednak na Słowację.
Pociąg, który nam odjechał, był o godzinie 19:13 ze Wschodniego. Czapla spóźnił się 15 minut na Centralny. Następne pociągi odjeżdżały 21:45 z Centralnego do Zakopanego/Krynicy i 21:36 do Zagórza. Ponieważ postanowiliśmy jechać na Słowację, to pozostało nam jechać do Zakopanego, a następnie autobusami dojechać do Raju Słowackiego.
Zeszliśmy na perony i rozpoczęliśmy polowanie na pociąg pospieszny, który zawiezie nas na dworzec Wschodni, skąd zaczynał trasę pociąg.
To jest tragiczne! Koło dworca Wschodniego nie ma sklepu z piwem! Znaleźliśmy go dopiero przy ul. Zamoyskiego!
Gdy wróciliśmy z piwem, pociąg już stał. O dziwo, były puste przedziały. Ale większość ludzi wsiada na Centralnym. Jak zrobić, żeby do naszego, zajętego przez 5 osób przedziału nikt się nie dosiadł? Nie dało się szczelnie zasłonić zasłonek. Zamknąć drzwi? Jakoś takie mało subtelne. Czapla rzuca: kłóćmy się. I zacząłem się z nim kłócić. W zasadzie wrzeszczeliśmy na siebie. Nawet przeklinaliśmy. Dopiero teraz „dostał” ode mnie za to spóźnienie. Nikt nie wszedł do naszego przedziału.
I tak nam minęła podróż. Po dwie osoby na pryczach, jedna osoba na podłodze.
Ranek przywitał nas deszczem w Zakopanym. ...
Kliknij, by czytać dalej i skomentować
ZOBACZ WIĘCEJ
|